Prolog

Fundacja Artystyczna Drugi Akt

PROLOG

Zanim powstał Drugi Akt

Scena 1

(Scena prawie pusta. W głębi majaczy zarys miasta. Nie realistyczny, raczej taki, jaki zostaje w pamięci po dzieciństwie: kilka wysokich okien, fragment muru, światło latarni, przygaszona żółć, szarość, trochę rdzy. Po lewej stronie stoi krzesło. Po prawej — kawałek podłogi zaznaczony jak miejsce próby teatralnej. Na widowni cisza. Nie zaczyna się jeszcze opowieść o Fundacji. Najpierw trzeba wrócić do miejsca, z którego przyszła.)

Urodziłam się w Łodzi.

Łódź nie jest miastem, które łatwo daje się pokochać komuś z zewnątrz. Ma w sobie szorstkość, upór, hałas podwórek, chłód bram i piękno, które nie podaje się od razu, tylko trzeba je odnaleźć pod warstwą kurzu, zmęczenia i historii. Lubię ją, choć nie zawsze była dla mnie łagodna. Tam dorastałam, tam uczyłam się ludzi, samotności, radości i wstydu, tam po raz pierwszy zobaczyłam, że dzieciństwo nie zawsze kończy się jasno, a młodość potrafi nieść w sobie rzeczy, których człowiek długo nie umie nazwać.

Teatr pojawił się wcześnie. Miałam siedemnaście lat, może mniej, kiedy zaczęłam chodzić do amatorskiego teatru. Były próby, rozmowy, spektakle, godziny spędzane razem, przyjaźnie i rozczarowania. Wszystko przeżywało się mocniej, niż należało, ale może właśnie dlatego teatr został we mnie tak głęboko. Dawał możliwość wejścia w cudzy tekst i przez chwilę ukrycia własnego, a czasem odwrotnie — powiedzenia czegoś o sobie, choć mówiło się słowami postaci.

Dom nie dawał mi wtedy tego, czego najbardziej potrzebowałam. Nie chcę opowiadać o tym więcej, niż trzeba. Wystarczy powiedzieć, że były tam trudne relacje, uzależnienia, brak oparcia i wiele ciszy tam, gdzie powinno paść dobre słowo. Szukałam więc miłości, sensu i przyjęcia w miejscach, które same były poranione, i u ludzi, którzy nie zawsze potrafili nie ranić.

Dziś potrafię nazwać tamten czas bagnem. Nie po to, by się nad nim zatrzymywać, ale dlatego, że są rzeczy, którym trzeba w końcu nadać właściwe imię. A jednak nawet tam, od czasu do czasu, pojawiała się cienka struga czystej, błękitnej wody.

Tą wodą był mój syn. I teatr.

Był też moment, kiedy nie szukałam już ratunku, bo człowiek dochodzi czasem do takiego zmęczenia, w którym nawet prośba o pomoc wydaje się wysiłkiem ponad siły. Nie chciałam już iść dalej. A jednak życie, którego wtedy nie umiałam wybrać, wybrało mnie jeszcze raz.

Scena 2

(Krótka pauza. Zmiana światła. Miasto w głębi sceny gaśnie. Zostaje ciemna linia horyzontu. Pojawia się zarys gór — nie pocztówkowy, nie obiecujący łatwego ukojenia, raczej surowy, milczący, taki, który przyjmuje człowieka, ale nie składa mu żadnych obietnic.)

Bieszczady znałam od szesnastego roku życia. Wracałam tam co roku i przez długi czas nosiłam w sobie proste, uparte marzenie, żeby kiedyś zamieszkać tam naprawdę. Nie wiedziałam, że właśnie tam zacznie się powolne prostowanie tego, co przez lata układało się krzywo. Nie przyszło nagle i nie miało w sobie nic z pięknej przemiany oglądanej z bezpiecznej odległości. Był trud, zimno, brak pieniędzy, przeprowadzki, głód, samotność i codzienne zaczynanie od początku.

Znalazłam się w obcym miejscu, wśród obcych ludzi, prawie bez niczego. Z synem, psem i dniem następnym, którego nie dało się przewidzieć. Przez lata zmieniałam domy, izby, kąty, miejsca, które na chwilę dawały dach, a potem znów trzeba było ruszać dalej. W tej tułaczce spotykałam ludzi dobrych, takich, którzy pomagali cicho, bez wielkich słów, jakby pomoc była czymś zwyczajnym i naturalnym. Spotykałam też ludzi podłych.

Najwięcej nauczyli mnie ci drudzy.

Po czasie zrozumiałam, że człowiek bardzo często krzywdzi własną krzywdą. Nie jest to, oczywiście, żadne szlachetne odkrycie, które nagle czyni z podłości cnotę; podłość pozostaje podłością, nawet jeśli ma smutny życiorys. Ale ta świadomość pozwala nie brać wszystkiego zbyt głęboko do siebie. Pozwala zobaczyć, że cudza rana nie musi stać się naszym imieniem, a cudzy cios — prawdą o nas.

Dzięki temu można odejść trochę prostszym krokiem. Nie zawsze od razu, nie bez bólu, ale bez tej najgorszej pomyłki: że skoro ktoś nas zranił, to znaczy, że miał rację.

W Bieszczadach stworzyłam teatr dla mieszkańców. Nie był wielki, bogaty ani profesjonalny w zewnętrznym sensie tego słowa, ale działy się w nim rzeczy, których nie da się dobrze zmierzyć. Ludzie, którzy wcześniej nie myśleli o sobie w kategoriach sceny, roli czy głosu, zaczynali nagle widzieć, że potrafią stanąć przed innymi, wypowiedzieć zdanie, przyjąć spojrzenie widowni i nie cofnąć się od razu. W takich chwilach teatr przestaje być zabawą w udawanie. Staje się miejscem, w którym człowiek po raz pierwszy od dawna może uwierzyć, że jest w nim więcej, niż sam o sobie myślał.

Po siedmiu latach życia w tej bieszczadzkiej rzeczywistości spotkałam Tomasza. Nie przyszedł jak nagroda po wszystkim, bo życie rzadko rozdaje nagrody w tak prosty sposób. Był raczej częścią tej samej drogi: człowiekiem z własnym ciężarem, z własną pamięcią ciemnych miejsc, z własną walką o sens. Przy nim jeszcze mocniej zrozumiałam, że wcześniejsze doświadczenia nie muszą zostać tylko ciężarem, który człowiek niesie, póki starczy sił. Mogą stać się narzędziem rozpoznania. Kto sam długo szedł po omacku, czasem szybciej dostrzeże drugiego człowieka, zanim ten zdąży poprosić o pomoc.

Drugi Akt nie narodził się więc z pomysłu, któremu dopiero trzeba było dopisać znaczenie. Przychodził powoli, z miejsc, ludzi, strat, prób, pracy, wstydu, wdzięczności i z tej prostej prawdy, że dobro, które człowiek otrzymał w najtrudniejszym czasie, nie powinno zatrzymać się tylko przy nim. Przychodził z Łodzi i z Bieszczadów, z teatru i z codzienności, z mojego syna, z miłości, z tułaczki, z pomocy podanej w porę i z pamięci tych chwil, kiedy jej zabrakło.

Fundacja Artystyczna Drugi Akt wyrasta właśnie stamtąd.

Nie z teorii o pomaganiu, lecz z życia, które nie raz trzeba było zbierać od nowa. Z przekonania, że człowiek zmęczony, zawstydzony, ubogi, samotny albo stojący z boku nie potrzebuje litości ani wielkich słów, tylko mądrego towarzyszenia, pracy, zaufania i miejsca, w którym może odzyskać głos.

(Światło nie robi się jaśniejsze od razu. Po prostu zostaje. Na scenie widać już nie tylko jedno krzesło. Obok stoją kolejne. Jeszcze puste.)

(Ktoś zamyka pierwszą kartę scenariusza. Nie kończy jej. Tylko odwraca stronę.)